(fantasy)

Czarna - Ku ocaleniu
II

*) ceper - nie góral, nieco ironicznie

– Cosik mi sie widzi, ceper tu do nos hybnoł. – Starszy górali popatrzył na mnie podejrzliwie. – Pewno mnie nie pamiętacie. Lat temu kilka ze słowem księcia do was szedłem – odpowiedziałem szybko. – Młodszy nieco byłem. – Nadąłem policzki i palcem nos sobie zadarłem. – Śniegi mnie na czas jaki u was uwięziły. – A… ha ha! – zaśmiał się i uderzył z plaśnięciem w czoło. – Dyć to tyn mundrala, co to syćko wiedzioł lepi, chocie mlekosys był przeta. Sambor, hej, ale wołalim go tyz Śtuder, boć i zaradny bywał. – Śtuder – odezwał się głos z zupełnie niegóralskim akcentem – to po waszemu chyba spryciarz, jak się mi zdaje. – Właściciel głosu zerknął na mnie przelotnie, lecz poczułem, że przewiercił mnie wzrokiem wskroś. – Ano tak mnie tu zowią. Ale i gdzie indziej też czasami, nawet jeśli myślą, że to jeno dziwne imię. – Popatrzyłem otwarcie w jego stronę i dodałem – A do was jak mam się zwracać? Bo widzę, że macie tu co nieco do powiedzenia, chociaż obcy, jak sądzę. – A i dobrze, bo spryciarza nam tu trzeba. A na imię mi Raymond. Z zachodnich królestw tu w posły dotarłem. – Raymond? Coś jak Raymond – człek od... każdej roboty króla Goberta? – Popatrzyłem na niego zupełnie inaczej, gdy skinął lekko głową i przypomniałem sobie wszystkie zasłyszane o nim historie. Wyrażenie „od każdej roboty” było określeniem mocno dyplomatycznym i nie oddawało całego brudu, jaki po nim czasami zostawał. Wygląd pasował zresztą do takiej funkcji. Raczej zwinny niż silny. Każdy ruch wykonywał oszczędnie, ale czuć było w nich elastyczność. Taka napięta lekko, dobrze naoliwiona sprężyna. Widać było, że w jednej chwili gotów byłby się na mnie rzucić, gdybym, w jego ocenie, okazał się zagrożeniem. Niektórzy twierdzili nawet, że potrafi hipnotyzować spojrzeniem. A może i co jeszcze? Czarne, krótkie włosy ujmowały mu wyglądu arystokraty, jakim był w rzeczywistości, dodawały jednak mocy do i tak zdecydowanych, niemłodych już rysów. – Chyba się nie polubimy – powiedział spokojnie. – Ale nie muszę kogoś lubić, by go wykorzystać. Tymczasem jednak zapraszam do stołu. Musisz wiedzieć, co trzeba uczynić. – Wykonał zachęcający, lekki ruch ręką. – Nie przyszedłem tutaj na wysługi – odparłem dusząc wzburzenie, choć dostosowałem się już mimowolnie do atmosfery i nawet to wymówiłem, uniesionym co prawda, ale półgłosem. – Noclegu jedynie mi trzeba i to nie u was, panie, a u Starszego Macieja. Ten jednak podrapał się tylko po głowie i wskazał palcem przybysza. Przez chwilę panowała cisza, a ja stałem zdezorientowany. – Widzisz, młodzieńcze – odezwał się spokojnie Raymond. – Jużeś nam zdążył powiedzieć, że u księcia służysz. A dokładniej – służyłeś. Barw jego się pozbyłeś, ale mniemam, że wciąż sentymentem niejakim je darzysz, bo i na głowicy sztyletu, nawet w świetle tej jednej świecy, widzę herb jego. A takiej broni pierwszemu z brzegu się nie powierza. Milczałem, bo i co mi pozostało? Przejrzał mnie. Przynajmniej w tej mierze. – Słyszałem, że jego głownia nie tylko niezwykle jest ostra, ale i z dawnych czasów pewne zabezpieczenia magiczne posiada. Czy mógłbym ją obejrzeć? – Uniósł lekko brwi, lecz gdy nie wykonałem żadnego ruchu, po chwili kontynuował. – Sądzę zatem, że nie. Ale to zbyteczny teraz temat. Widać, żeś się uratował z masakry, którą urządzili wam skośnoocy jeźdźcy stepów. Któż tam przeżył, czy też nie przeżył? – Ponownie spojrzał pytająco. – Skoro wiecie o bitwie, to pewnie także i o tym, że cała rodzina księcia zginęła. Ale nie wiem, czemuż miałbym się dzielić z obcym tym, co widziałem? – Słusznie, słusznie. – Wcale nie wydawał się zaskoczony moją odmową. – Chwali się twoja ostrożność. Tak, śtuder mimo młodego wieku. – Pokiwał oszczędnie głową i ciągnął bez emocji – Ale jeśli widzisz czyjąś śmierć, masz pewność. Jeśli zaś nie widzisz, snujesz jeno domysły. A do mnie doszło, iże najmłodsza córka twego władyki przeżyła owo niemiłe wydarzenie i pewno błąka się teraz przerażona, szukając pomocy... – Ale, gdy s kurniawy zimom do nas przyloz, wołalim go tyz… – Maciej zarechotał, lecz jego śmiech szybko ucichł pod długim spojrzeniem wysłannika króla Frysów. Starszy zacisnął jednak pięści i, mimo że już się nie odezwał, przesunął rękę na ciupagę. Popatrzyłem i ja na górala. Popatrzyłem na nich wszystkich. A było to dobre dziesięciu chłopa. Widać, że groźni, ale nikt do prawdziwej bitki się nie szykował. Niemniej płytki dowcip człowieka, którego kiedyś, przez kilka tygodni, traktowałem jak dobrego wuja, pozwolił mi się opanować. Skąd ten zachodni skurczybyk wie o Czarnej?! nastepny20.05.2020