(fantasy)

Czarna - Ku ocaleniu
III

– To jak cię wołali, chłopcze, gdyżeś s kurniawy do nich dotarł? – Dyplomata, czy raczej szpieg dworu Frysów, naciągnął usta w drwiący, lekko zauważalny półuśmiech. – A jak myślicie? Jak wygląda człek brnący przez zadymkę? Jak śniegulok, prawda? – Zadowolony byłem, że mam te kilka chwil, by się opanować. Czułem, w którą stronę będzie zmierzać rozmowa. Maciej już otwierał usta, by co nieco sprostować, ale szczęśliwie złość na obcego wzięła górę nad prostodusznością i zmilczał. – Śniegulok – przezabawne. – Oczy Raymonda pozostały zimne i beznamiętne. Gdyby tak zagadać dzieciaki, by przypadkiem sypnęły w nie piaskiem. Może łzy by je kapinkę ożywiły… Swoją drogą... Stał tam sam jeden wobec ciżby uzbrojonych górali, a jednak to właśnie on nadawał ton dyspucie. Czy jego reputacja trzymała wszystkich na wodzy, czy miał też inne argumenty, poza złą sławą i swoim zdecydowaniem? – Jednakoż, wracając do sprawy... Jeśli córka władyki ucieka przed najeźdźcami ze wschodu, wydaje się, że nawet przerażona białogłowa wybierze kierunek odwrotny i będzie próbowała pokonać przełęcz poniżej, Czterokopytną zwaną… – Panie! – przerwałem gwałtownie. – To nie żaden władyka, ale książę, zaś nasze Księstwo Slopolów uznane jest przez wszystkich sąsiadów! – Teraz raczej śnieguloka przywodzisz mi na myśl. – Zmrużył lekko oczy, a wyraz twarzy nabrał drapieżnego wyrazu. – Jak sądzisz, ile razy pozwolę sobie przerywać? Starszy górali położył mi rękę na ramieniu i ścisnął mocno. Co, u licha! Trzyma jego stronę? – W dolinie, s babami i juhasami, ze śtyry tuziny ichnich najmitów siedzi – szepnął stając za mną. Nie dość cicho jednak. – A tak. Zacne wojsko zwerbowane za zacne pieniądze. Ale mówiłem już, że nie na was. Pomogą mi zatrzymać tę stepową zarazę, o ile jakie grabieżcze oddziały aże tu dotrą. A i dzieweczkę znaleźć też łatwiej będzie. Wdzięczni być powinniście. Ty – wskazał mnie ruchem głowy – na przełęcz zjechać musisz, boś już sam przyznał, że wiesz, jak wygląda. A ufam, że na bezpieczeństwie Rychezy zależy ci nie mniej niż mi, prawda? – Pewno, że zależy! Jeśli tylko żywa, bronić będę, jakom przysięgał! – To i pięknie! Widzisz, że cele nasze są zbieżne. Bronić jej nie musisz. Ochronę już ja zapewnię. Wystarczy, że wyłowisz ją i zaprosisz do mnie. – Tyle o niej wiecie, a nie potrafilibyście rozpoznać? –Ano nie. Za młoda była, by brać udział w przyjęciu, gdym ostatni raz tu bawił. A, jak każdy z rodziny – zawiesił głos – księcia, ma też mały amulet. Dużo silniejszy niż twój sztylet. Dość rzec, że nikt jej nie rozpozna, jeśli sama tego nie zechce. A zapewne nie obnosi się z nim na wierzchu, jak nasz zacny Śtuder. Wykpił mnie, więc pokazałem mu zaciśnięte usta i zmarszczone czoło. W środku jednak aż podskoczyłem z radości. Nikt tu z obecnych, a z pewności i on sam, Czarnej nie rozpozna. Poza tym i ja odniosłem tu mały sukcesik. Nazwał jednak naszego poległego władcę księciem. Po chwili ciszy Raymond niespodziewanie uśmiechnął się do mnie. Podszedł potem dwa kroki i wyciągnął do mnie otwartą dłoń. – Czy mogę tedy uważać, że przyjmiesz pomoc wysłannika króla Goberta i wespół odszukamy księżniczkę, by potem zapewnić jej godne i bezpieczne schronienie na naszym dworze? Ajaj – to nagle on chciał mi pomagać? I nawet sobie umniejszył, mieniąc się li tylko wysłannikiem? To szczwany lis. Pod włos mnie bierze. Pewno dlatego nagle z władyki książę mu wyszedł. Ale czy miałem wybór? A ramię wciąż ściskała mi dłoń górala. Ano miałem wybór. Ale tymczasem pozostało powoli wypogodzić się, spojrzeć szczerze w jego oczy, pozwolić by lekki uśmiech przerodził się w radosny wyszczerz i ścisnąć jego dłoń. Ja też umiałem grać. – Tedy jadę w dół, na przełęcz! Jeśli żyje tylko i iść będzie tymi drogi, rozpoznam ją z pewnością. – Świetnie. Ugadani jesteśmy zatem. Ale spokojnie. Zjedziemy tam obaj rano. Tu zaś, na drogach górskich, gdzie konno niewielu dotrze, ścieżek pilnować będą ci zacni ludzie, jako i mi obiecali, prawda? Górale pokiwali zgodnie głowami. Lecz w końcu pękło też ich wymowne milczenie i można było usłyszeć pomruki, które wyrażały zarówno zgodę, jak i niechęć, chociaż i zapał w kilku przebrzmiewał. Wśród ogólnego harmideru, który nagle powstał, dało się jednak wyłowić też kilka niemiłych przekleństw. – A teroz trza spać. Oba cepery u mnie ostajo i wartko w pościl. nastepny2:40 22.05.2020